W czasie porodu - dlaczego co to jest
Leczenie W czasie porodu - dlaczego nie lekarz?. Definicja: Duża ekipa kobiet czuje się w obcym im.

Czy przydatne?

Definicja W czasie porodu - dlaczego nie lekarz?

Co to jest: Duża ekipa kobiet czuje się w obcym im środowisku - sali porodowej lepiej, gdy wiedzą, iż jest ktoś, kto nad nimi specjalnie czuwa, kto w okolicy stoi, trzyma za rękę, dodaje otuchy. Maja wtedy świadomość, iż nie są zwyczajnie jeszcze jednymi anonimowymi kobietami, które mają urodzić i pójść jak najszybciej do domu. Takim osobom ktoś do pomocy jest potrzebny. A kto? Otóż nie doktor a dobra położna. Oczywiście nie dotyczy to ciężarnej, u której od początku wiadomo, iż poród trzeba będzie skończyć cięciem cesarskim na przykład na skutek wąskiej miednicy, cukrzycy, gestozy i wielu innych wskazań. Dotyczy to młodej, zdrowej kobiety z poprawnie przebiegającą ciążą, u której wszystkie znaki na ziemi i w niebie wskazują, iż powinna urodzić poprawnie, w maksymalnym komforcie psychicznym, jaki jest możliwy w takiej sytuacji. Potrzebna jest do tego dobra położna, doktor jest wtedy na drugim planie. Zanim zajmiemy się metodą, jak określić, która położna jest taka sobie a która dobra, jak taką "namierzyć" i przekonać, aby zajęła się specjalnie rodzącą - należy udowodnić, co w/w - iż w okresie porodu jednak nie doktor! Argumentów za tym jest dużo. Przede wszystkim nie wszędzie przyjazd lekarza do "swojej" rodzącej jest w ogóle możliwy. Nie jest tajemnicą dla nikogo, w tym dla dyrektora szpitala, kliniki, ordynatora oddziału i tym podobne, iż za takim przyjazdem lekarza po pracy do porodu idą kapitał, czyli może istnieć oficjalny zakaz tego typu praktyk na oddziałach państwowych szpitali. Załóżmy jednak, ze teoretycznie jest taki przyjazd jest możliwy, ponieważ "władza" pozwala na tego typu działania. Zastanówmy się poprzez chwilę, tak jak to zrobi każdy doktor, jakie są tego plusy, jakie minusy i jaki jest bilans takiego przyjazdu. doktor zażyczy sobie za to zapłaty i to może sobie zapisać po stronie plusów. Reszta to same minusy. W pierwszej kolejności doktor wie, iż poród trwa kilka - kilkanaście godz., a każda pacjentka życzyłaby pewnie sobie, by był on aktualny stale albo prawie stale od początku do końca przy jej porodzie, aby czuwał nad jego przebiegiem, rozmawiał z nią, informował, co się dzieje, pocieszał, mówił, ile zostało do końca - jednym wyrazem, by stale czuła, iż ktoś kompetentny stale przy niej jest. To jest zwyczajnie niemożliwe i nikt nie może uczciwie obiecać, iż spełni jej oczekiwania. doktor pracujący na oddziale ginekologiczno- położniczym przychodzi do pracy na 8.00, uczestniczy w porannym obchodzie, później zajmuje się planowanym zakresem swoich czynności - bada własne pacjentki, wykonuje drobne zabiegi, regularnie operuje, a w pierwszej kolejności pisze - prowadzenie prawidłowej dokumentacji pacjentek, robienie wypisów, kart informacyjnych i tym podobne,, zajmuje więcej czasu niż to się komuś z zewnątrz wydaje. czyli wie, iż w godzinach rannych, gdy jest najwięcej pracy na oddziale inni lekarze z pewnością niechętnie patrzyliby na takiego, który zamiast pracować jak inni - poszedłby na porodówkę i stał w okolicy "swojej" pacjentki, wiadomo, iż nie za darmo, w trakcie gdy pozostali mają przeważnie pełne ręce roboty, którą w takim wypadku musza odwalić za niego. Może to zrobić raz, dwa razy, może twierdzić, iż rodzi właśnie jego kuzynka, lecz nareszcie ile można mieć "kuzynek"?! Ok. godziny 11.00-12.00 przeważnie każdy idzie do swojej poradni, gdzie przyjmuje kilkanaście - kilkadziesiąt pacjentek, które trzeba zbadać, także opisać, przepisać recepty i tym podobne,,, nie popełniając przy tym zbyt wielu zbyt ogromnych błędów. Niemożliwe, by doktor wtedy przerwał pracę, pozostawił zarejestrowane i czekające na niego od rana na korytarzu kobiety i przyjechał na oddział do porodu swej "prywatnej" pacjentki, która właśnie zaczęła rodzić. Po skończonej pracy w poradni wypadałoby również pojechać na chwilę do domu, choćby na obiad i co najmniej pół godziny odpocząć - i jeżeli tak policzyć czas, w którym doktor nie może z obiektywnych przyczyn być aktualny przy porodzie "swojej" pacjentki - wychodzi tego dużo - ok. 7-8 godz. pośrodku dnia, a więc jedna trzecia doby. Pozostaje mu więc praktycznie do dyspozycji pozostałe dwie trzecie doby. To trochę niewiele... Lekarze oczywiście dyżurują na oddziale, przeważnie raz albo 2 razy w tygodniu i może oczywiście zdarzyć się tak, iż pacjentka będzie rodzic na takim dyżurze. Szanse jednak na są to statystycznie niewielkie, a i sam doktor nie zawsze w okresie dyżuru ma czas, by być aktualny przy poprawnie przebiegającym porodzie - ma wtedy do załatwienia przyjęcia pacjentek w nagłych stanach, regularnie krwawiące i wymagające faktycznie rzetelnego zajęcia się nimi, ma wtedy na głowie prowadzenie patologicznych porodów, nocne cięcia cesarskie i tym podobne,,,, Nawet gdy jest ich na dyżurze dwóch albo trzech - przeważnie wszyscy są wystarczająco zajęci, a jeżeli jest kupa pracy to jeden z nich nie zwali całej roboty na drugiego a sam nie będzie stał w okolicy położnej właściwie "bezproduktywnie" przy łóżku normalnie rodzącej kobiety, gdy jego rola sprowadzałaby się wtedy wyłącznie do wyrażania słów pociechy i wsparcia. Nawiasem mówiąc w tym ostatnim położne są zdecydowanie lepsze od każdego lekarza, nawet tego płci żeńskiej, jakoś tak już jest. Oprócz tego każdy nawet średnio doświadczony położnik wie, iż taki dodatkowy pobyt na oddziale po telefonicznym zawiadomieniu go, iż pacjenta jest już w szpitalu na przykład po południu może nawet trwać do rana, w czasie, którego nic prócz prawidłowej akcji skurczowej się nie będzie działo, a jego rola ograniczy się do stania w okolicy rodzącej i dyskretnego spoglądania na zegarek. Chce więc przeważnie coś zrobić, wykazać się, iż jest potrzebny, iż nie wziął za darmo pieniędzy. Możliwości ma dużo. Czasem może się to stać wręcz groźne dla rodzącej. doktor poddany psychicznej presji, aby coś jednak zrobić jak ma trochę czasu, pokazać, iż było się użytecznym może popełnić "błąd nadmiernej ingerencji", przeważnie opierający na działaniu przyspieszającym poród - może starać się spowodować skurcze porodowe, gdy pacjentka trafiła za inicjalnie na sale porodową ze skurczami przepowiadającymi a powinna jeszcze spokojnie kilka dni na ten poród czekać i tak dalej, może na przykład zlecić kroplówkę nasilającą skurcze macicy tam gdzie to niepotrzebne, a wręcz niewskazane, i tym podobne,,,,, Taka wymuszona brakiem czasu "pomoc" może stać się ryzykowna - sporo takich "protegowanych porodów" kończy się w ostatnim momencie cięciem cesarskim, dlatego, iż na przykład przedwczesne włączenie kroplówki naskurczowej przy nieprzygotowanej szyjce wywołuje wprawdzie skurcze macicy, lecz na skutek tak zwany dyskoordynacji akcji porodowej - nie wywołują one postępu porodu a tylko męczą rodzącą! Gdy nareszcie po wielu godzinach pacjentka rzeczywiście rodzi główkę - nie ma już sił, aby uruchomić tłocznię brzuszną i wycisnąć dziecko - jest wtedy zbyt osłabiona i poród może się zatrzymać. Zmusza to lekarza lub do zabiegowego ukończenia porodu (kleszcze) lub trzeba wtedy kończyć poród w ostatnim momencie cięciem cesarskim i wtedy cały dotychczasowy wysiłek i ból kobiety "idzie na marne". Istnieją także inne "pułapki" Każda kobieta chce, aby przy jej porodzie był doktor mający jak największe doświadczenie i prestiż na oddziale - czyli najlepszy wydaje się być tu ordynator, jego zastępca, na klinice co najmniej adiunkt. Z pozoru takiemu myśleniu nic z logicznego punktu widzenia nie można zarzucić - skoro ma to być doktor - niechże już będzie to ten "idealny". Co jednak stanie się, jeżeli pacjentka trafia na oddział w nocy, na przykład o czwartej nad ranem, (informuje oczywiście przy przyjęciu lekarza dyżurnego, iż ma zadzwonić po swego "szefa", ponieważ ten obiecał być przy porodzie), lecz równocześnie doktor stwierdza powikłanie kwalifikujące ją do ciecia cesarskiego i oczywiście ją o tym natychmiast zawiadamia. Kobieta tym bardziej chce, aby cięcie zrobił "jej lekarz", co więc robi doktor dyżurny? Oczywiście stara się być w porządku w relacji do zwierzchnika - czyli w pierwszej kolejności zawiadamia go telefonicznie, iż coś jest nie w porządku i trzeba jego pacjentkę ciąć. Co robi "swój" doktor? jeżeli zechce być przy cięciu albo sam go wykonać (a tak przeważnie jest) mówi do słuchawki - "czekajcie, zaraz będę na miejscu". Jest pełen dobrej woli - czuje się w obowiązku coś zrobić, ponieważ wziął wcześniej jakieś kapitał, więc jedzie do szpitala, tam wszyscy czekają, ponieważ takie maja wyraźne polecenie i co ważniejsze - została z lekarza albo nawet paru lekarzy jakby zdjęta odpowiedzialność decyzyjna - czekać to czekać. Nie oznacza to, iż nie widzą potrzeby jak najszybszej ingerencji, wskazania do cięcia mogą "narastać", - lecz mają czekać na szefa, więc czekają. Dojazd może trwać różnie długo, w szczególności, gdy to jest nad ranem - trzeba wstać, umyć się, ubrać, otworzyć garaż, wyprowadzić auto, zamknąć garaż, przejechać regularnie poprzez całe miasto... W tym czasie zespół lekarzy porodówki czeka mając świadomość bezsensownego upływu czasu.Coś, co miało w założeniach dopomóc ciężarnej i dziecku - obraca się teraz przeciwko nim. Rodząca wie, iż niezbędne jest cięcie cesarskie, więc na nie czeka, lecz nie wie, ponieważ niby skąd, iż dla dobra dziecka wskazane ono jest już, natychmiast, ponieważ tętno zwalnia, więc jest niedotlenienie. Oczywiście, gdy istnieje zagrożenie dziecka typu "być lub nie być" to wtedy o żadnym oczekiwaniu nie ma mowy - robi się cięcie i już. Nikt na nikogo nie czeka tylko działa od razu tak jak należy. Gorzej dla matki, a w szczególności dziecka, gdy zagrożenie wprawdzie istnieje, gdy wszyscy wiedzą, iż należy to cięcie zrobić, lecz gdy te zagrożenia dla dziecka nie są tak ogromne i nagłe. Wtedy się czeka. Cięcie jest realizowane po pół godzinie, czasem jeszcze potem, dziecko z pozoru rodzi się zdrowe, aczkolwiek niestety ten moment długotrwałego niedotlenienia młodej tkanki mózgowej daje o sobie znać na przykład sześć lat potem w szkole... Niektórzy z lekarzy mając świadomość, iż nie będą mieli możliwości uczestniczenia w porodzie mimo zobowiązań, starają się, aczkolwiek utworzyć wrażenie, iż są przydatni mimo swej fizycznej nieobecności. doktor taki stara się wtedy sprawić wrażenie, iż jest jakby "duchem" przy rodzącej stosując pewne "sztuczki", mające na celu przekonanie pacjentki o tym, iż nad nią "czuwa" - na przykład regularnie dzwoniąc na salę porodową i za każdym telefonem każąc położnej powiedzieć, iż dzwonił, iż właśnie wydał jej polecenie podania jej jakiegoś ważnego dla rodzącej leku (przeważnie czopka rozkurczowego, który średnio rozsądna położna obserwująca poród od początku i badająca dynamikę rozwierania się szyjki macicy jest w stanie podać sama po powiadomieniu o tym lekarza porodówki), iż dzwonił do męża i uspokajał go, i tak dalej,, Dzieje się wtedy taki porodówkowy spektakl teatralny, którego celem jest przekonanie widowni, a więc rodzącej i jej rodziny o wywiązaniu się z zaciągniętych wobec nich zobowiązań, których faktycznie w sposób pełny i rzetelny nie sposób wypełnić, więc trzeba aczkolwiek utworzyć pozory

Czym jest W czasie porodu - dlaczego znaczenie Słownik leczenie W .